Czy stać nas na zieloną ignorancję?

EkologiaW portalu MojeOpinie.pl pojawił się tekst promujący ideę odgórnej zielonej rewolucji w polskiej energetyce. Należy pokrótce odnieść się do zawartych w nim tez.

Argumentem na poparcie samej idei ma być rzekomy wielki sukces Niemiec w zakresie energetyki odnawialnej, która stworzyła „zielone” (a jakże) miejsca pracy. Abstrahując od dysproporcji potencjałów naszych państw należy stwierdzić, że to osiągnięcie RFN jest dyskusyjne i wywołuje gorące spory po drugiej stronie Odry. Tzw. ,,Green jobs’’ to termin fałszujący rzeczywistość, ponieważ subsydiowany sektor zielonej energetyki zwiększa koszta energii, a tym samym prowadzi do likwidacji miejsc pracy w innym sektorze, który musi przeprowadzić redukcje ze względu na wzrost nakładów. Dlatego 400 tysięcy miejsc pracy wróżone przez Greenpeace to ilość etatów, które znikną np. z przemysłu, który, szczególnie w Polsce, jest dużo mniej wydajny i czysty niż w Niemczech. A zatem za ideę zielonej rewolucji zapłacić mają Polacy – i to w okresie, w którym bezrobocie znowu szybko rośnie.

Przeczytaj tekst Edgara Czopa o „zielonej innowacji”

W naszym portalu Europa Bezpieczeństwo Energia piszemy także regularnie o złych konsekwencjach Energiewiende dla niemieckiej gospodarki i konsumentów. Okazuje się, że mieszkańcy Niemiec często narzekają na wzrost cen energii spowodowany arbitralnym przeformowaniem niemieckiego miksu energetycznego. Rywal chadeckiej Angeli Merkel z SPD – Kurt Lauk stwierdził nawet, że byle budka z frytkami jest lepiej zarządzana niż rządowy plan zwrotu energetycznego. Z powodu wyłączenia z sieci niemieckich elektrowni atomowych zdarzają się tam przerwy w dostawach energii, których nie są w stanie zrekompensować pracujące w sposób przerywany wiatraki czy solary. Wielka inwestycja, jaką jest Energiewiende póki co się nie zwraca, a jej koszty spadają na obywateli. Subsydia dla energetyki odnawialnej w Niemczech do 2030 roku mogą osiągnąć poziom nawet 300 miliardów euro (dane Uniwersytetu Technicznego w Berlinie) – czyli akurat tyle ile Polska chciała wywalczyć na okres obecnych wieloletnich ram finansowych w Unii Europejskiej. Ta liczba chyba mówi sama za siebie.

„Zielony wzrost” to lekarstwo na problemy związane z energetyką w postaci m.in. wartości emisji czy eksploatacji paliw kopalnianych” – twierdzi autor omawianego artykułu. Nie jest to jednak z pewnością lekarstwo na podstawowy problem energetyki w czasach kryzysu – rosnącą cenę energii. To raczej recepta na coraz wyższe opłaty za napięcie w gniazdku.

Dla podsumowania należy przytoczyć najmocniejszy fragment tekstu: „tak, jesteśmy za biedni, choć ta niezamożność ma głównie charakter mentalny w postaci m.in. braku odwagi na zmiany i ograniczonego spojrzenia perspektywicznego”. Oskarżenie o biedę umysłową to mało merytoryczny argument i na mojej uczelni nie przetrwałby próby środowiskowej. Z kolei odwaga to piękna cnota, której nie można jednak mylić z głupotą, która każe lewicy ignorować rachunek ekonomiczny i forsować wbrew nastrojom społecznym swoje oderwane od rzeczywistości pomysły. Odgórna rewolucja energetyczna w Polsce to mrzonka.

OZE są nadzieją dla naszego kraju ale muszą rozwijać się zgodnie z pierwotnym założeniem. Powinno się to dziać w sposób rozproszony, jak najmniej regulowany – a zatem naturalny. Obecne, złe prawo uniemożliwia taki proces. W obliczu regulacji wiążących dłonie inwestorom mało kogo dziś stać na to, by stał się prosumentem, czyli świadomym użytkownikiem energii. Polskie Energiewiende to chwytliwy slogan i zabieranie się do sprawy od złej strony. Nie stać nas na taką zieloną ignorancję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s