Kolejna firma łupkowa opuści Polskę. Ratować budżet czy oligarchów? Kreml szuka odpowiedzi na kryzys

Elektrownia atomowa w węgierskim Paks.
Elektrownia atomowa w węgierskim Paks.

Autorski przegląd informacji o energetyce

Kolejna firma łupkowa opuści Polskę

(BNK Petroleum/Wojciech Jakóbik)

Spółka BNK Petroleum poinformowała, że przeprowadziła wszelkie działania administracyjne niezbędne do porzucenia koncesji Słupsk w Polsce. Zamierza zakończyć wszelką działalność na terenie kraju.

Powodem ma być niemożliwość pozyskania partnera do joint venture, które miałoby wiercić na koncesji Słupsk. Wycofanie z Polski wpisuje się w strategię oszczędnościową BNK. Działalność w naszym kraju kosztowała firmę 1,7 mln dolarów rocznie.

– W tym trudnym otoczeniu niskich cen ropy i gazu, zamknięcie działalności w Polsce znacznie przyczyni się do naszych wysiłków na rzecz zwiększenia oszczędności. Skupimy się na wydobyciu ze złoża Tishomingo Field w Oklahomie, które ma naszym zdaniem największy potencjał i przyniesie największy zysk w 2018 roku przy niskich cenach ropy. Będziemy też szukać nowych możliwości w USA i za granicą – powiedział Wolf Regener, dyrektor wykonawczy BNK Petroleum.

Firma opublikuje wyniki finansowe 10 marca.

Pomimo zachęcających wyników prac w Polsce, BNK Petroleum potrzebowało partnera biznesowego, który dofinansowałby wydobycie. Wysiłki w tym zakresie zakończyły się niepowodzeniem.

Polskie koncesje opuścili już inni gracze: Marathon Oil, Talisman Energy i Chevron. W dobie taniej ropy naftowej wydobycie ze złóż łupkowych jest nieopłacalne. W czasie koniunktury trwały zaś dyskusje nad polskim prawem dotyczącym reguł przydzielania koncesji i wydobycia.

Kraje bałtyckie potwierdzają sprzeciw wobec Nord Stream 2

(Neftegaz/Wojciech Jakóbik)

Przedstawiciele Litwy, Łotwy i Estonii wyrazili swój sprzeciw wobec projektu gazociągu Nord Stream 2. Premierzy tych państw spotkali się 26 lutego w Rydze, by omówić sprawy bezpieczeństwa energetycznego regionu. Rosyjskie media propagandowe poinformowały, że Bałtowie porzucili sprzeciw wobec projektu Nord Stream 2, ale w rzeczywistości jedynie go potwierdzili.

Jednym z kluczowych tematów był projekt gazociągu Nord Stream 2, czyli trzeciej i czwartej nitki magistrali z Rosji do Niemiec przez Morze Bałtyckie. Zakłada on podwojenie przepustowości do 110 mld m3 rocznie i przekierowanie części rosyjskiego eksportu do klientów europejskich z Ukrainy. Według jego krytyków doprowadzi do podkopania pozycji Kijowa i utwierdzenia roli Gazpromu na regionalnym rynku gazu, wbrew wspólnej polityce energetycznej Unii Europejskiej.

Na zakończenie nieformalnego spotkania Bałtowie wyrazili jednogłośny sprzeciw wobec Nord Stream 2. Rosyjskie media propagandowe podały, że kraje bałtyckie porzuciły opór, co nie było zgodne z prawdą.

Dnia 27 listopada 2015 roku ministrowie odpowiedzialni za energetykę w państwach bałtyckich przyłączyli się do listu swoich kolegów z Polski, Rumunii, Słowacji i Węgier, w którym Komisja Europejska została wezwana do rygorystycznej oceny inwestycji pod kątem jej skutków dla bezpieczeństwa energetycznego Europy.

Ministrowie podkreślili, iż są zaniepokojeni geopolitycznymi konsekwencjami ewentualnej realizacji tego projektu oraz zagrożeniami, jakie może on spowodować dla stabilności dostaw gazociągami Jamał i Braterstwo do państw naszego regionu. Ministrowie zwrócili także uwagę na niekorzystne konsekwencje budowy Nord Stream 2 dla Ukrainy, podkreślając sprzeczność tego projektu z podstawowymi założeniami unijnej polityki energetycznej, w tym w szczególności z filarami Unii Energetycznej. W liście wyrażono oczekiwanie, iż Nord Stream 2 objęty będzie wszystkimi przepisami III pakietu liberalizującego rynek gazu oraz, że będzie wobec niego stosowana zasada dostępu stron trzecich.

Uznając, iż budowa Nord Stream 2 może zagrozić spójności Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Unii Europejskiej.

Komisja Europejska zapowiada rygorystyczną ocenę zgodności Nord Stream 2 z prawem unijnym. Los projektu będzie jednak zależał od politycznej decyzji na Radzie Europejskiej, gdzie głos mają także zwolennicy projektu: Austria i Niemcy, oraz kraje, których wypowiedzi nie były kategoryczne, ale mogą poprzeć stanowisko germanów.

Zbiera się Rada Konsultacyjna Korytarza Południowego. „Kaspijski gaz dotrze do Europy przed czasem”

W telefonicznym wywiadzie dla agencji Trend wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej ds. Unii Energetycznej Marosz Szefczovicz zapowiedział, że rozmowy z Turkmenistanem na temat dostaw gazu do Europy „idą całkiem dobrze”.

W rozmowie z agencją, unijny oficjel przekonywał, że turkmeński gaz może być kolejnym źródłem dywersyfikacji dostaw przy wykorzystaniu Korytarza Południowego. 29 lutego spotka się Rada Doradcza Południowego Korytarza Gazowego, która omówi perspektywy projektów na rzecz dostarczenia kaspijskiego gazu na rynek Unii Europejskiej.

– Pracujemy z Azerbejdżanem, Turcją, Grecją i Turkmenistanem nad sposobami na uczynienie z tego ostatniego dostawcy do Europy i sposobów wykorzystania do tego celu Korytarza Południowego – powiedział Szefczovicz.

Teoretycznie najprostsze rozwiązanie to budowa Gazociągu Transkaspijskiego (TCP) wspieranego przez strony rozmów. Wyzwanie stanowi jednak opór Rosji i Iranu wobec położenia magistrali bez ich zgody. Na razie priorytetem ma być dokończenie pozostałych projektów Korytarza: Gazociągu Transanatolijskiego (TANAP) i Transadriatyckiego (TAP) na czas, lub nawet z wyprzedzeniem terminarza. Wtedy będzie możliwa rozmowa o przyłączeniu Turkmenistanu, a być może także Iranu i Iraku, oraz dostawców śródziemnomorskich.

Przedstawiciele Unii Europejskiej potwierdzają, że prace przy budowie gazociągów Korytarza wyprzedzają terinarz.

– Oczywiście na koniec będziemy musieli oceniać projekty pod kątem zapotrzebowania na gazu, które do 2030 roku będzie naszym zdaniem mniej więcej takie jak dzisiaj, czyli od 380 do 450 mld rocznie – podkreślił przedstawiciel Komisji Europejskiej. Dodał, że również formuła dostarczenia nowego gazu do Europy musi być najbardziej opłacalna. Jako przykład podał Iran, dla którego najlepszym rozwiązaniem będzie dostarczanie Europejczykom gazu skroplonego.

Hinkley Point i Olkiluoto szkodzą opóźnienia. Francuskie firmy jądrowe w tarapatach

(Financial Times/Wojciech Jakóbik)

Według informacji Financial Times, wysocy przedstawiciele francuskiego EDF chcą opóźnić przyznanie zgody na realizację projektu budowy elektrowni jądrowej Hinkley Point nawet o rok. Firma szuka nowych inwestorów dla inwestycji szacowanej na 18 mld funtów.

Mimo to oficjalne komunikaty EDF informują o tym, że decyzja jest nieodwołalna. Źródła Financial Times przekonują jednak, że wysoki koszt projektu może oznaczać, że firma będzie zmuszona skonsolidować dług przed jego rozpoczęciem. EDF posiada 66,5 procent akcji przedsięwzięcia. Chce sprzedać ich część, by ulżyć budżetowi. Ostateczna decyzja inwestycyjna byłaby jednak ważnym argumentem dla potencjalnych dawców kapitału.

Hinkley Point ma zapewnić w 2025 roku 7 procent zapotrzebowania na energię elektryczną na Wyspach Brytyjskich. Z tego względu jest ważnym elementem polityki energetycznej kraju, który w 2015 roku ogłosił stopniową rezygnację z energetyki węglowej. Mniejszosć w EDF przekonuje, że firma powinna zastąpić kosztowny projekt mniejszymi rozwiązaniami typu EPR, które dadzą nową energię z atomu Brytyjczykom, ale nie pogrążą finansów spółki.

Nie tylko EDF zmaga się z problemami. Areva ogłosiła za 2015 rok stratę netto w wysokości 2 mld euro. Powodem jest opóźnienie realizacji projektu Olkiluoto 3 oraz problemy z restrukturyzacją i złe warunki rynkowe. Za opóźnienie jądrowego przedsięwzięcia Areva musiała zapłacić 905 mln dolarów Finlandii. Firma przewiduje w 2016 roku stratę netto w wysokości 1,5-2 mld euro.

Ratować budżet czy oligarchów? Kreml szuka odpowiedzi na kryzys

(Wiedomosti/Kommiersant/Financial Times/Wojciech Jakóbik)

Rosja zmaga się z kryzysem budżetowym. Jej firmy naftowe zmagają się z kryzysem cen ropy naftowej. Kreml szuka rozwiązania.

Rosyjska Federalna Agencja Zarządzania Mieniem Państwowym zamierza sprzedać pakiet kontrolny akcji Basznieftu i 19 procent udziałów w Alrosie. Według ministerstwa finansów Rosji operacja da borykającemu się z problemami budżetowi około 300 mld rubli.

Agencja chce sprzedać wszystkie akcje Basznieftu w swoim posiadaniu, czyli 60 procent. Źródła RBC nie zdołały potwierdzić, czy zachowa złotą akcję, pozwalającą utrzymać wpływ na naftową spółkę. Oficjalne zainteresowanie akcjami firmy wyraził Łukoil oraz bankierzy Aleksiej i Hotinowie. Czy na kryzysowej prywatyzacji zyskają znów oligarchowie?

Obawy o zyski

Podczas odbywającego się w Londynie International Petroleum Week prezes Rosnieftu ocenił, że z decyzją o rozpoczęciu następnego etapu tego procesu należy poczekać do momentu, gdy baryłka ropy naftowej zacznie kosztować 100 dolarów. Mimo to Rosjanin zadeklarował, że firma prowadzi wszelkie przygotowania niezbędne do prywatyzacji.

Rosnieft informuje, że ma „wysoką gotowość” do prywatyzacji poprzez sprzedaż 19,5 procent jego akcji należących obecnie do państwowego Rosnieftegazu w „uczciwej cenie”. Poinformowała o tym Federalna Agencja Zarządzania Własnością.

Jeszcze w 2014 roku rząd podjął decyzję o sprzedaży powyższych akcji w cenie nie niższej, niż rynkowa i nie niższej, niż oferta z momentu wejścia na giełdę w 2006 roku. Podczas wstępnej oferty publicznej (IPO) w Londynie wartość akcji Rosnieftu została wyceniona na 203 ruble, czyli 7,55 dolarów. Dnia 25 stycznia 2016 roku akcje były warte 255 rubli i 3,17 dolarów.

Państwowy Rosnieftegaz posiada 69,5 procent akcji Rosnieftu. Po sprzedaży 19,5 procent udziałów, państwo zachowałoby kontrolę nad spółką naftową. W 2016 roku ma dojść do prywatyzacji strategicznych aktywów Federacji Rosyjskiej w ramach poszukiwania środków na domknięcie budżetu doświadczonego przez spadające eny ropy naftowej. Według ministerstwa finansów sprzedaż wspomnianych akcji Rosnieftu ma dać budżetowi co najmniej 500 mld rubli zysku.

Jednakże sprzedaż akcji Rosnieftu w okresie dekoniunktury będzie oznaczała straty dla samej spółki, czego obawia się prezes Sieczin.

Minister rozwoju ekonomicznego Federacji Rosyjskiej Aleksiej Uljukajew przyznał, że nie ma ostatecznej decyzji Kremla o prywatyzacji Rosnieftu w 2016 roku. W celu zwiększenia kapitalizacji spółka może dalej ciąć wydatki na wydobycie, wycofać się z planowanych zakupów i sprzedawać nieistotne aktywa. Największym problemem jest dla niej istotny dług, który na stan z 30 września zeszłego roku wynosił 1,6 bln rubli. Spadek cen ropy naftowej pogarsza kapitalizację, a sankcje USA i Unii Europejskiej odcinają Rosnieft od kredytów. Odstraszają one także zagranicznych inwestorów przed kupnem jego akcji i wejściem w kooperację, które mogłoby przynieść dodatkowy kapitał. Wobec takiej możliwości są sceptyczne nawet – teoretycznie niezależne od sankcji zachodnich – Chiny i Indie, które nadal nie odpowiedziały konkretnie na kolejne oferty wejścia w projekty spółki Sieczina.

Obawy o wiarygodność

Podjęte przez Rosję środki na rzecz ratowania budżetu w dobie taniej ropy, w tym prywatyzacja części aktywów, budzą obawy o wizerunek rosyjskich spółek za granicą. Rosja rozważa dalszą prywatyzację Rosnieftu, VTB, Aeroflotu, Alrosy i Sovcomflotu. Jak wskazuje Financial Times do sprzedaży dochodziłoby obecnie w najgorszych możliwych warunkach, co podkopałoby jej wartość, a co za tym idzie wiarygodność spółek na rynkach. Wartość rynkowa Rosnieftu w dolarach spadła o połowę w ostatnich 18 miesiącach. Sytuację pogarszają zachodnie sankcje ograniczające działania takich firm. Sprzedaż może zatem polegać na przekazaniu części akcji spółek bliskim współpracownikom Władimira Putina, która nie zostanie dobrze oceniona przez rynek. Kiedy ceny ropy wrócą do wyższych poziomów, oligarchowie Putina zarobią na posiadanych aktywach, a straci społeczeństwo rosyjskie, ze względu na wizerunek skorumpowanej gospodarki jego kraju.

Kreml waży opcje

Dnia 1 marca prezydent Rosji Władimir Putin spotka się z przedstawicielami spółek naftowych – donoszą Wiedomosti. Temat rozmów nie jest na razie znany, ale oprócz prywatyzacji mogą znaleźć się w agendzie zagadnienia związane z zamrożeniem wydobycia ropy naftowej uzgodnionym przez Rosję, Arabię Saudyjską, Katar i Wenezuelę, a także zmiany podatkowe. Obecny system podatkowy wspiera działalność spółek naftowych dotkniętych kryzysem ceny ropy, ale uderza w budżet kraju zagrożony spadkami zysków z tego tytułu.

Według Wiedomosti nie należy spodziewać się jednak decyzji na spotkaniu. Zdaniem ministerstwa finansów przez spadek zysków ze sprzedaży węglowodorów budżet rosyjski w styczniu 2016 skurczył się o prawie jedną trzecią w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Obniżony podatek od wydobycia ropy przyniósł o 49 procent mniej wpływów.

Amerykański kapitał ma pomóc Saudyjczykom w walce z kryzysem

(Financial Times/Wojciech Jakóbik/Piotr Stępiński)

Doświadczona przez kryzys cen ropy naftowej Arabia Saudyjska ma nowy sposób na przyciągnięcie amerykańskich inwestorów. Rijad zapowiedział zwiększenie udziału kapitału zagranicznego w inwestycjach na terenie Królestwa.

Król Salman odwiedził we wrześniu 2015 roku Stany Zjednoczone. Namawiał fundusze amerykańskie do inwestycji w jego kraju. Mają one wesprzeć program uniezależnienia od sprzedaż ropy naftowej, której cena za baryłkę spadła od czerwca 2014 z okolica 115 dolarów do 35 dolarów. Przełożyło się to na spadek przychodów do budżetu Królestwa.

Odpowiedzią był plan cięć w subsydiach budżetowych do cen benzyny, elektryczności i innych mediów. Rijad rozważa także częściową prywatyzację i sprzedaż aktywów. W grę wchodzi także sprzedaż niektórych akcji Saudi Aramco.

73 procent dochodów saudyjskiego budżetu pochodzi ze sprzedaży ropy naftowej. Spadek jej cen na świecie doprowadził do zmniejszenia pod koniec 2015 roku rezerw walutowych o 97 mld dolarów do 640 mld dolarów. Przy czym władze zauważają, że przy obecnej dynamice cen surowca to do 2020 roku deficyt budżetowy może osiągnąć poziom 50 procent PKB wobec 1,6 procenta na koniec 2014 roku.

Zdaniem analityków wielkość emisji saudyjskich obligacji i ich rentowność będzie zależała od trzech czynników: ceny ropy, poziom rezerw złota Rijadu oraz od zmienności rynku. Jeżeli nacisk na wszystkie wspomniane kierunki się zmniejszy do debiut Arabii na światowym rynku dłużniczym może okazać się bardzo udany. Jednakże w przypadku narastania kryzysu Saudyjczycy mogą ograniczać branie pożyczek tylko do kilku miliardów dolarów i to na wysoki procent.

Analitycy bankowi zakładają, że pierwsza emisja obligacji przez Arabia Saudyjską wyniesie 5 mld dolarów. Przy czym zwracają uwagę na to, że spory dochód może przynieść zapowiadana wcześniej emisja akcji państwowego giganta naftowego spółki Saudi Aramco. Według analityka BNP Paribas Andrew McFarlane wartość spółki może być szacowana na ok. 2-3 bln dolarów wobec czego przy sprzedaży rozważanych 5 procent akcji koncernu uzyskana kwota pokryłaby wspomniany wcześniej deficyt.

Jak informuje Bloomberg, wartość aktywów Banku Centralnego Arabii Saudyjskiej netto spadła w styczniu poniżej 600 mld dolarów, co jest najgorszym wynikiem od lipca 2012 roku.

Wartość aktywów spadła o 14,3 mld dolarów do 594 mld w zeszłym miesiącu. To trzeci miesięczny spadek z rzędu.

Więcej w przeglądzie informacji BiznesAlert.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s