Czy prawdziwa jest interpretacja realistów, zdaniem których polityka międzynarodowa to jedynie brutalna gra interesów ukryta za parawanem idei? A może zgodnie z interpretacją konstruktywistów wynika z zasad działania systemu, na który wszyscy się umówili? Języczkiem u wagi są wartości, które czasami przesądzają o niespodziewanych ruchach państw, których nie są w stanie przewidzieć realiści bazujący na prostej kalkulacji danych. Nie należy zapominać o tym aspekcie.

Andrzej Duda rozmawiał 18 września w Waszyngtonie z Donaldem Trumpem o budowie bazy wojskowej USA w Polsce. Zaproponował, że Polacy zapłacą ponad 2 mld dolarów za obiekt, który w zamian będzie gwarantem zaangażowania Amerykanów w ewentualny konflikt z udziałem naszego kraju, co ma być permanentnym środkiem odstraszającym, uzupełniającym inicjatywę Wschodniej Flanki NATO, działającej na zasadzie rotacyjnej.

Konstruktywiści podnieśli głowy krzycząc, że jest to dowód na politykę transakcyjną USA i włączanie się w niej Polski. To zagrożenie dla polityki wartości, które w przeszłości skłaniały Stany Zjednoczone, na przykład do postulowania niepodległości Rzeczypospolitej po pierwszej Wojnie Światowej oraz zagrożenie dla polityki multilateralnej, bo inicjatywa Polski teoretycznie nie była konsultowana z innymi sojusznikami w NATO, jak Niemcy, które chcą utrzymania baz na ich terytorium i tradycyjnie sprzeciwiają się wzmocnieniu obecności Sojuszu na Wschodzie.

Jednak właśnie system instytucjonalny Zachodu i wartości, które mają znaczenie dla polityki zagranicznej państw jak Polska i USA, stanowią różnicę jakościową. To ona może przesądzić, że nawet nieskonsultowany pomysł Fort Trump na terytorium polskim może zostać wkomponowany w ramy polityki zachodniej bazującej tradycyjnie na działaniach multiltateralnych, konsultowanych i zgodnych ze wspólną wizją relacji międzynarodowych, która jest najlepszym gwarantem bezpieczeństwa Rzeczypospolitej.

Prezydent USA zaskoczył Polaków antyglobalistyczną wypowiedzią podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Zaproponował powrót do stref wpływów znanych z Doktryny Monroe. Zakładała ona nieinterwencję USA w sprawy europejskie, szczególnie w kontekście ich kolonii zamorskich, w zamian za brak interwencji Europejczyków w działania Ameryki na półkuli zachodniej. Byłoby to istotne uderzenie w porządek multilateralny, gdyby nie jego sprzeczność z innymi deklaracjami Trumpa z ONZ o tym, że będzie: wykorzystywał surowce amerykańskie do wspierania sojuszników, dalej krytykował projekty zagrażające ich niezależności energetycznej jak Nord Stream 2 i promował alternatywy jak amerykańskie LNG czy projekt Baltic Pipe, któremu zrobił reklamę przed całym światem.

Nie wiadomo która z wypowiedzi Donalda Trumpa prezentuje jego faktyczne podejście do stosunków międzynarodowych. Nie wiadomo czy wszystkie były konsultowane z administracją amerykańską, która wydaje się nadal spokojnie prowadzić politykę współpracy za pośrednictwem NATO i Unii Europejskiej. Trump jest czarnym łabędziem analityki i koronnym dowodem na to, że czynnik ludzki może zachwiać najbardziej stanowczymi tezami zwolenników podejścia do stosunków międzynarodowych z liczydłem zamiast lupy, czyli realistów, którzy są częściowo ślepi w analizie.

Ukąszenie geopolityczne

Część analityków stosunków międzynarodowych walczy o oryginalność, poszukując nowych koncepcji geopolitycznych dla Polski. W ekstrawagancji idą na tyle daleko, że warto dać odpór przynajmniej części ich tez. Nie kwestionując konieczności stałej i pozbawionej dogmatów refleksji na temat polskiej polityki zagranicznej, należy z przykrością przyznać, że pewne założenia pozostają niezmienne, co być może jest nudne, ale bliższe realizmowi postulowanemu przez zwolenników rewolucji.

Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż chcieliby tego analitycy dotknięci ukąszeniem geopolitycznym. Celowo odnoszę się do ukąszenia heglowskiego, czyli ślepego zauroczenia ideologią komunistyczną, bo według mnie pojawiła się nowa: geopolityczna. Prawidła geopolityczne mają tłumaczyć wszelkie zjawiska na arenie międzynarodowej, a jeśli nie tłumaczą, to należy sformatować te wydarzenia tak, żeby dopasować je do tłumaczenia na gruncie tzw. geopolityki.

Ciekawym asumptem do dyskusji na ten temat jest tekst Michała Kowalczyka pt. <Nie tylko Rosja. Węgierskie „otwarcie na Wschód”>. Autor twierdzi, że Węgrzy podążając za swym „interesem narodowym” odrzucają politykę walki o to, kto ma rację i otwierają się na Wschód: Rosję, Chiny, Turcję, Azerbejdżan i tym podobne państwa. Przykładem mają być relacje turecko-węgierskie pozbawione dyskusji o poszanowaniu wartości demokratycznych. Premier Wiktor Orban nie zamierza „pouczać” Turków, ale zarabiać z nimi pieniądze. Z drugiej jednak strony, zależny gospodarczo od Niemiec przywódca z Budapesztu, nie rezygnuje z biznesu z BMW, jeżeli pojawi się taka możliwość.

Węgrzy pragną wreszcie ściągnąć chiński kapitał poprzez zaangażowanie w inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku. Sentyment do Wschodu tłumaczy Kowalczyk tożsamością węgierską bliższą koczownikom Wielkiego Stepu, niż Zachodowi. Trudno to powiązać z biznesem, ale na pewno można z polityką. Autor tekstu wskazuje, jako przykład zwolenników takiego spojrzenia na węgierską tożsamość, prorosyjski i nacjonalistyczny ruch Jobbik. Jednocześnie jednak w obronie węgierskich interesów Wiktor Orban nie zawahał się użyć retoryki o obronie świata chrześcijańskiego przed najazdem uchodźców. To ma być przykład polityki wielowektorowej, której powinna uczyć się Warszawa.

Dlaczego tak jest? – Węgry są krajem stosunkowo niewielkim i bardziej skłonnym do skupienia na doraźnych interesach, aniżeli na koncepcjach budowy wielkich sojuszy geopolitycznych. Po drugie, na Węgrzech praktycznie nigdy nie upowszechniła się jakakolwiek forma „mesjanizmu” względem sąsiednich narodów i uwalniania kogokolwiek od wpływów Rosji (jak chociażby tzw. giedroycizm w Polsce). Dlatego większość węgierskiego establishmentu nie manifestuje potrzeby solidarności np. z Ukrainą, a wręcz skłonna jest wykorzystać niekorzystne położenie tego kraju. Po trzecie, na Węgrzech znacznie powszechniejsze aniżeli w Polsce jest poczucie zdradzenia i oszukania przez szeroko zrozumiany Zachód” – pisze Kowalczyk.

Po traktacie z Trianon Węgrzy mają resentyment względem ziem oddanym ich współczesnym sąsiadom. Warto nadmienić, że ten sentyment właśnie sprawił, że Węgry wyłamały się ze wspólnej polityki zachodniej wobec Ukrainy i kazały im upomnieć się o prawo mniejszości zakarpackiej, co zostało wykorzystane przez polityków rosyjskich do portretowania Europy jako skłóconej w polityce sankcji.

Faktycznie, polityka węgierska jest bardziej obrotowa. Trudno odnieść się do interpretacji mentalności koczowniczej Węgier, bo tę trudno zmierzyć i a wiara w jej istnienie powinna pozostać domeną rozrywkowych tekstów publicystycznych, a nie nauki. Tekst o koczowniczej naturze polityki zagranicznej Budapesztu będzie tyle samo wart, co udowadniający jej postkomunistyczne korzenie. Czy jednak Polska powinna naśladować Węgry? Aby odpowiedzieć na to pytanie i odnieść się do zarzutów względem szkoły Jerzego Giedroycia, z którą się utożsamiam, należy zajrzeć do innych autorów, którzy postulują tak zwaną politykę wielowektorową, ku uciesze głównego przeciwnika geopolitycznego na Wschodzie.

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z nowym rozdaniem geopolitycznym? Czy będzie szansą dla Polski? Niezależnie od zmian na arenie międzynarodowej, na temat których trudno głosić jednoznaczne sądy, Polakom pozostaje kontynuacja długofalowej polityki bezpieczeństwa, osadzonej na fundamencie transatlantyckim. Problemy Zachodu są jedynie argumentem za jej utrzymaniem.

W wartościowym tekście pod tytułem „Polska racja stanu w srebrnym wieku” Bartłomiej Radziejewski stawia szereg tez wartych rozważenia. W międzyczasie pojawiła się już polemika Karola Zdybla, opublikowana w Nowej Konfederacji. Oskarża on Radziejewskiego o geograficzny fatalizm. Przeciwstawia mu przedsiębiorczość. Proponuję mniej ekonomiczną odpowiedź na tezy autora tekstu o polskiej racji stanu.

Według niego racją stanu Rzeczypospolitej jest posługiwanie się śmiałością, sprytem i siłą na poczet realizacji celów strategicznych. Autor przypisuje cechy ludzkie państwom. „Dzisiejszą Polskę można określić jako państwo, które zaczyna nabierać śmiałości, za czym nie idzie jednak spryt ani siła” – twierdzi Radziejewski. Wpisuje się w ten sposób – świadomie bądź nie – w myśl międzywojennej narodowej demokracji, która za Zygmuntem Balickim uznaje narody za organizmy żywe. Prawo do suwerenności przynależne jest tylko tym narodom, które potrafią je wywalczyć (wojną i dzięki rozwojowi cywilizacyjnemu). Wprost niemalże następuje więc tu odwołanie do darwinowskich kategorii walki o byt i zasady, że silniejszy zwycięża. Taka wizja narodu jest więc bez wątpienia formą darwinizmu społecznego – pisze o tej myśli Piotr Koryś z Ośrodka Myśli Politycznej.

Konsekwentnie, Radziejewski odmawia praw do konstruktywistycznej analizy stosunków międzynarodowych z udziałem Polski. Docenia on znaczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej dla polskiego bezpieczeństwa, ale jednocześnie uznaje, że znajdują się one obecnie w złej kondycji. W dyskusji na ten temat można znaleźć próby poszukiwania analogii do Ligi Narodów, która nie była w stanie powstrzymać II Wojny Światowej. Zdaniem Radziejewskiego, który interpretuje myśl Adolfa Bocheńskiego, ład wersalski nie jest wart uwagi. – Tylko analiza głównych aktorów, interesów i tendencji w danej sytuacji międzynarodowej, nie zaś ogólnikowe, a zwłaszcza aksjologiczne dywagacje nad dobrem lub złem określonego ładu – mogą być podstawą roztropnej polityki – przekonuje autor tekstu. Nie zgadzam się.

Faktycznie, konstruktywizm prezydenta Woodrowa Wilsona, który postulował prawo narodów do samostanowienia nie pozwolił na uniknięcie drugiego, największego konfliktu zbrojnego w historii człowieka. „Jedynie” przywrócił niepodległość Rzeczypospolitej, pozwalając na rozkwit myśli Balickiego, Romana Dmowskiego oraz innych myślicieli endeckich, których realizm miał pole do działania tylko dzięki zabiegom konstruktywistów wykuwających Traktat Wersalski. Tej rzeczywistości nie wolno zatem – w ślad za Radziejewskim – lekceważyć.

Oczywiście, nowy porządek był niedoskonały, ale nie można uznać, że była w niego wpisana nieuchronność nowej wojny. To raczej zasługa darwinistycznych totalitaryzmów nazistowskiego i komunistycznego. Doprawdy, po bez mała 99 latach od Traktatu Wersalskiego można już znaleźć lepsze rozwiązania. Takimi są właśnie NATO i UE, których kondycji nie można porównywać z Ligą Narodów.

W dobie kryzysu tożsamościowego, sporów wewnętrznych i zagrożeń zewnętrznych na czele z nielegalną aneksją Krymu, których nikt nie kwestionuje, warto usprawniać te narzędzia, a niekoniecznie szukać nowych. Pierwsze po II Wojnie Światowej zajęcie terytorium suwerennego państwa, do którego doszło na Ukrainie, jest o tyle ważne, że godzi w porządek pozimnowojenny sankcjonowany prawem międzynarodowym z opacznym wykorzystaniem tego prawa, poprzez sugestię o prawie do samostanowienia fikcyjnego narodu krymskiego, który ostatecznie miał się okazać rosyjskim.

Cała operacja służb specjalnych służąca przekonaniu świata do tej narracji doprowadziła do ustanowienia 27 lutego Dnia Sił Operacji Specjalnych, czyli tzw. „zielonych ludzików”, które pilnowały sfałszowanego referendum zezwalającego na aneksję Półwyspu Krymskiego należącego przez Federację Rosyjską. Podważenie, z użyciem operacji wojskowej, na Krymie prawa międzynarodowego, które zabrania takiego działania, to zgoda na powrót do porządku naturalnego, który proponują narodowcy razem z Radziejewskim.

W ewentualnej konfrontacji zwycięży silniejszy, czyli przy sprawnych UE i NATO – Zachód razem z Polską, a po ich rozkładzie – Federacja Rosyjska. Można zatem stwierdzić, że przy dobrej kondycji obu organizacji atak Rosji na Zachód będzie irracjonalny i mniej prawdopodobny, a więc utrzymanie tych pasów transmisyjnych polskich interesów w dobrej kondycji to polska racja stanu. Główną sankcją takiego stanu rzeczy jest równoważący wpływ parasola nuklearnego USA nad Europą oraz stacjonowanie ich wojsk w Europie. Tych nikt na razie nie zwija, a nawet doszło do wzmocnienia obecności dzięki inicjatywie Wschodniej Flanki NATO. Ujmując to krótko, międzykontynentalne pociski jądrowe są argumentem ostatecznym kończącym sugestie rodzimych geopolityków o nadejściu świata multipolarnego.

Warto na bok odłożyć postulat Radziejewskiego rozpoczęcia polskiego cywilnego programu jądrowego, który mógłby zamienić się w wojskowy. Dopóki obowiązuje Układ o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (Non-Proliferation Treaty) będzie to niemożliwe bez sankcji – podobnie jak wobec Iranu. Jeżeli Polska nie jest w stanie wpływać na grę mocarstw, to będzie jej trudno uniknąć gniewu potęg jądrowych na próby pozyskania atomu. Redaktorze Radziejewski, czy pójście za Iranem na wojnę ze wszystkimi to realizm?

Nie czas na walkower

Zdaniem autora omawianego tekstu NATO i UE mogą być nie do uratowania. Negatywne dla Polski trendy w UE i NATO są, jako się rzekło, częścią procesu generalnego słabnięcia Zachodu. Najczarniejszym scenariuszem byłby rozpad obu organizacji. Wówczas naprawdę docenilibyśmy obecną półperyferyjność, spadając automatycznie do poziomu peryferii, narażonej dodatkowo na szybki powrót odwiecznego zagrożenia: ścisłej współpracy niemiecko-rosyjskiej. A także na renesans mechanizmu, na mocy którego szukające przeciwwagi dla potęgi jednego z tych mocarstw kraje (Francja czy Czechy wobec Niemiec, Ukraina wobec Rosji) będą się orientować na drugie, poświęcając dla nich relacje ze słabszą, a więc mniej wartościową Polską – twierdzi autor tekstu o srebrnym wieku.

Należy liczyć się z takim scenariuszem i aktywnie mu przeciwdziałać, mając jednak na uwadze ograniczoność naszego wpływu. Polska – ani sama, ani na czele jakiejś koalicji – nie jest w stanie powstrzymać ewentualnego rozpadu lub silnego trendu erozji – przesądza Radziejewski. Czyli przeciwdziałać trzeba, ale tak naprawdę się nie da. Moim zdaniem Polska w ramach koalicji jak NATO i UE może podejmować działania na rzecz konserwacji porządku transatlantyckiego, który jest dla nas korzystny. Nie czas na walkower.

– Problem w tym, że Ameryka – z każdym rokiem tracąca przewagę nad głównym rywalem – może zostać zmuszona wybierać, skąd się wycofać. Albo w wyniku stopniowej erozji potęgi, albo jej gwałtownego załamania. Wtedy wschodnia flanka NATO będzie jednym z pierwszych punktów na liście cięć – peroruje autor. Nie jest to wcale pewne. Może być ostatnim, a będzie to zależało od polityki rosyjskiej, która jest coraz bardziej agresywna i ściąga zaangażowanie Amerykanów do Europy, nawet jeśli ktoś w Waszyngtonie źle się z tym czuje.

Według Radziejewskiego Donald Trump apelujący o zwiększone wydatki na zbrojenia NATO może być gwoździem do trumny Sojuszu. Według mnie jego nieprzewidywalna polityka może doprowadzić nawet do ponownej konsolidacji świata zachodniego. Trudno o tym jednak przesądzać, bo nie wiemy co stanie się po zakończeniu jego kadencji. Wtedy będziemy wiedzieć, czy jest on efemerydą czy personifikacją trendu w polityce USA. Analizy geopolityków nie uwzględniają ryzyka impeachmentu Trumpa, który mógłby doprowadzić do uspokojenia lub rozchwiania amerykańskiej sceny politycznej za kilka miesięcy, waląc w gruzy śmiałe tezy geopolityczne na nadchodzące dekady.

Realizm realistyczny

Oczywiście, należy zawsze mieć plan odpowiedzi na najgorszy scenariusz. Polska musi brać pod uwagę możliwość osamotnienia w obliczu konfliktu z Rosją. Przed taką możliwością ostrzega dr Jacek Bartosiak w szeregu publikacji poświęconych geopolityce. Bartosiak tłumaczy, że Rosja musi zaatakować Polskę, jeśli ta będzie częścią Zachodu, bo takie są niezmienne prawidła geopolityczne. Polacy, wzmacniając się, nie powinni angażować się w operację ukraińską, jeśli Amerykanie będą prowadzili grę z Rosją tylko „jedną ręką” bez własnego zaangażowania wojskowego, spychając bezpośrednie ciężary i koszty na sojuszników w regionie. Nie tylko bowiem wystawi nas to na zawsze ryzykowną konfrontację z Rosją, ale także możemy stać się jedynie przedmiotem (a nie podmiotem) negocjacyjnym w trakcie rozmów pokojowych pomiędzy USA a Rosją, do których wcześniej lub później dojdzie – pisze dr Bartosiak w tekście pt. „Jaki jest polski interes w wojnie na Ukrainie”. Zazdroszczę mu tej pewności, ale moim zdaniem finlandyzacja także wystawi nas na konfrontację. Być może konfrontacja w pewnej formie jest nieunikniona i czasami tak bywa w historii, także w razie appeasementu, który proponuje doktor.

Jak każdy ortodoksyjny geopolityk pozostaje on ślepy na jedno oko, bo formatuje całą rzeczywistość do porównania sił na polu bitwy oraz uwarunkowań geograficznych na szlaku z Moskwy do Warszawy. Przez to – co jasne – wychodzi mu, że pomoc NATO dla Polski i państw bałtyckich zatnie się na Cieśninach Duńskich, a Rosja zdoła rozstrzygnąć konflikt na swoją korzyść, bo Zachód nie będzie chciał umierać za Suwałki, gdzie znajduje się tzw. przesmyk suwalski. Te tezy można spotkać w wielu wystąpieniach dr Bartosiaka, które uważnie śledzę i może to zrobić każdy, kto ma dostęp do YouTube.

To realne zagrożenia, na które można udzielić różnych odpowiedzi. Warto pójść za postulatem dr Bartosiaka, zgodnie z którym Polska musi maksymalnie rozwijać własny potencjał obronny. Traktaty międzynarodowe nie mogą zastąpić polityki bezpieczeństwa, o czym dobitnie przekonują się obecnie kraje, które postanowiły budować państwa dobrobytu kosztem budżetów obronnych, jak Niemcy straszone przez prezydenta USA wycofaniem parasola ochronnego amerykańskich sił zbrojnych, jeżeli Bundeswehra nie zwiększy wydatków na sektor zbrojeniowy. Nie warto jednak za dr Bartosiakiem przekreślać NATO i postulować finlandyzacji polityki zagranicznej RP w celu uniknięcia groźby rosyjskiej nawałnicy.

Finlandyzacja w zamian za paciorki

„Polska nie musi się teraz „twardo” deklarować. Kryzys ukraiński to przede wszystkim gra amerykańska o kontrolę nad obszarem zwanym przez analityków za Atlantykiem „drzwiami do Heartlandu”, a w dalszej dopiero kolejności są to nasze polityczne marzenia o niepodległej Ukrainie dzielącej nas od groźnej Rosji. Wbrew pozorom Polska ma czas na decyzję. W krótkiej i średniej perspektywie czasowej Niemcy nam nie zagrażają, a na pewno nie w zakresie bezpieczeństwa. Wcale nie jest zatem tak, jak wmawiają nam Amerykanie, że musimy już teraz wybierać. To Amerykanie bardziej nas potrzebują teraz niż my ich” – twierdzi dr Bartosiak w tekście o Ukrainie. Co ciekawe, to samo powtarza Bartłomiej Radziejewski w tekście pt.: „Kryzys NATO i Polska między wielkością a niebytem”. – Przelew krwi w Gruzji i na Ukrainie to tylko przepychanki o zakres „imperialnej koncesji” dla Rosji – twierdzi. Widać tutaj głód polityki wielowektorowej – ten sam, który emanuje z tekstu Michała Kowalczyka. Czy jednak Polska powinna sobie na nią pozwolić? To nie takie proste.

Desinteressement Polski to prosta recepta na scenariusz monachijski na Ukrainie i gliwicki w Suwałkach. Warto przypomnieć, że po rozpadzie Związku Sowieckiego państwo ukraińskie zgodziło się na porzucenie broni jądrowej w zamian za zapewnienia (nie gwarancje!) bezpieczeństwa z memorandum budapesztańskiego i prawdopodobnie to brak arsenału nuklearnego w dyspozycji Kijowa, jego nieobecność w NATO, ośmieliły Moskwę do operacji na Krymie. Finlandyzacja kończy się uprzedmiotowieniem w relacjach z Rosją, a nie spokojem, na który liczy nasz geopolityk. Tymczasem, co potwierdza teza Bartosiaka o Cieśninach Duńskich, Polska nie ma czasu, a zagrożenie jest realne, wbrew temu co pisze o wolnej ręce w sprawie ukraińskiej Jacek Bartosiak.

Ponadto, w rozważaniach o sile wojskowej pozostaje jeszcze natężenie woli, czyli termin użyty przez Carla von Clausevitza, klasyka myśli realistycznej wykładanego na stosunkach międzynarodowych, miejmy nadzieję, na każdej polskiej uczelni. Na wynik ewentualnego starcia o układ sił na świecie będzie miała wpływ mobilizacja po obu stronach. Nie będzie miał z nią problemu obywatel tzw. „Ruskiego Miru” karmiony propagandą o oblężonej twierdzy przez kremlowskie media propagandowe. Za to Polak, zdemobilizowany postulatem typu finlandyzacji Bartosiaka, będzie się wahał.
Polska nie może stracić niezmiennego celu z oczu. Należy wzmacniać NATO na Wschodniej Flance, czym zajmują się polscy dyplomaci wspierani przez kolegów z innych krajów obawiających się Federacji Rosyjskiej po wydarzeniach krymskich. Być może z tych pobudek wyrósł pozornie irracjonalny postulat budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego pod Warszawą. Amerykańscy wojskowi sugerują, że byłby to doskonały punkt rozładunkowy sił szybkiej odpowiedzi NATO na wypadek agresji w Europie Środkowo-Wschodniej. To konkrety o których warto rozmawiać.

Można w zamian pójść dalej w podróż intelektualną z dr Radziejewskim. Twierdzi on, że poprzez konsekwentną politykę ściągania uwagi Pekinu do Europy Środkowo-Wschodniej Polska powinna dążyć do sojuszu strategicznego z Chinami, który miałby skłonić Państwo Środka do wysunięcia postulatu demilitaryzacji Obwodu Kaliningradzkiego przez Federację Rosyjską, „aby – już z pozycji istotnego partnera – wywierać na Chiny dodatkową presję w kierunku neutralizacji zagrożenia ze strony Rosji, w tym zwłaszcza Kaliningradu”.

„Polska powinna się zajmować tym, na co, w odróżnieniu od globalnej rywalizacji hegemonicznej, wpływ ma” – pisze przy tym autor. Skoro dr Radziejewski twierdzi, że Polska nie może wpłynąć na rywalizację mocarstw, to i w relacjach Chiny-Rosja w Kaliningradzie będzie bezsilna. Jeżeli jednak może, to bardziej korzystne byłoby wykorzystanie Amerykanów oraz ich tarczy antyrakietowej, czyli czegoś konkretnego, co Polska już wykorzystuje. Ale warto się zdecydować, czy mamy jakiś wpływ na światową grę, czy nie, podobnie jak w sprawie postulatu cywilnego programu jądrowego.

Abstrahując od różnicy potencjałów Rzeczypospolitej i komunistycznych Chin oraz – delikatnie ujmując – innego priorytetu relacji z Rosją w polityce chińskiej, nie można uznać tego postulatu za realny. Na pewno taki hipotetyczny scenariusz nie jest żadnym argumentem za rewizją polskiej polityki zagranicznej. Polska powinna być gotowa na każdy zwrot, ale realny, a nie typu political fiction.

Rzeczpospolita nie powinna zatem robić sobie nadziei na zwrot geopolityczny z udziałem Chin, które co rusz głosują zgodnie z Rosją w Radzie Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych i wciągając ją we współpracę energetyczną, uzależniają od siebie. Warto przytoczyć argumentację dr Patrycji Pendrakowskiej i dr Michała Lubiny z Cientrum Studiów Polska-Azja, którzy przestrzegają przed zbytnią wiarą w propagandę Nowego Jedwabnego Szlaku. Za wcześnie zatem na zachwyt paciorkami oferowanymi przez handlarzy znad Żółtej Rzeki.

Radziejewski natchniony wizją Pasa i Szlaku, jak zwą ten projekt sami Chińczycy, postuluje wyciągnięcie Polski z globalnych peryferii Wallersteina na przekór siłom centrum, czyli de facto Zachodowi. Tymczasem Polska wyszła z peryferii właśnie dzięki konsekwentnemu wyborowi przynależności do świata zachodniego, czego pierwszym przejawem był jeszcze Chrzest Polski. Trudniej o bardziej konsekwentny i długofalowy element polskiej polityki zagranicznej. Unia Europejska pozwoliła jej na wykorzystanie owoców tej integracji w sposób konkretny. Z danych Polskiej Akademii Nauk zawartych w raporcie środowiska naukowego PAN dotyczącego integracji europejskiej i miejsca Polski w tym procesie wynika, że w okresie członkostwa w tej organizacji Rzeczpospolita była największym beneficjentem transferów z budżetu Unii, a także pod względem wzrostu gospodarczego oraz spadku bezrobocia.

Z całym szacunkiem do potencjału Chin, trudno dzisiaj mówić o porównywalnej ofercie w ramach mglistej koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku. „Ewentualna rezygnacja z roli jednego ze środkowoeuropejskich zworników NJS z punktu widzenia Chin oznaczać będzie tyle, że Polskę trzeba albo ominąć, albo zwasalizować – czyniąc terytorium typowo tranzytowym. Kandydatów do przejęcia roli zwornika jest natomiast wielu: to wszyscy sąsiedzi, Węgry, Austria, Rumunia” pisze Radziejewski.

Najpierw wypadałoby określić jakim szlakiem ma on biec, bo nadal trwają dyskusję czy powinien być naziemny, jak chcieliby tego polscy geopolitycy, czy też morski. Nie wiadomo, czy słowa o Pasie i Szlaku zostaną przekute w jakiekolwiek czyny z udziałem Polski. Nie warto jednak wypisywać się na zapas z Zachodu, gdzie zawsze chcieliśmy być, a nasz żywotny interes bardziej obliguje nas do ratowania tego dziedzictwa konstruktywnymi postulatami reformy niż do walkoweru w nieznane.

Zauroczenie Chinami

Są realne sprawy do załatwienia z Pekinem. Polska powinna dążyć do zarabiania pieniędzy we współpracy z Chinami. Współpraca z Państwem Środka przy budowie kolejowego Nowego Jedwabnego Szlaku to szansa na zarobek części z 1,1 mld dolarów. Według Ośrodka Studiów Wschodnich tyle będzie warta wymiana handlowa Unia Europejska-Chiny w 2020 roku. Najwięcej zarobi na niej ten, kto będzie rozładowywać dostawy. Polska może zatem stanąć do walki o budowę centrum rozładunkowego na jej terytorium. Zmierzy się w niej z Niemcami, Czechami i Słowacją, które także chciałyby pośredniczyć w rosnącej wymianie z wykorzystaniem kolei.

Radosław Pyffel, dawniej prezes Centrum Studiów Polska-Azja, a obecnie reprezentant Polski w Azjatyckim Banku Inwestycji Infrastrukturalnych wskazuje, że na szczycie 16+1 – premierów państw Europy Środkowo-Wschodniej oraz Chin – pojawił się nowy wątek zaangażowania Niemiec w Nowy Jedwabny Szlak. Widać więc, że gra nie będzie łatwa i należy się spodziewać, że docelowo współpraca z Pekinem zostanie w jakiś sposób sformatowana do poziomu europejskiego, o ile będzie na tyle skonkretyzowana, by było to możliwe. Pozytywnym aspektem może być w przyszłości możliwość wykorzystania pasa transmisyjnego Komisji Europejskiej do ochrony polskich interesów w relacjach z Chińczykami, np. w celu ochrony przed dumpingiem albo kradzieżą własności intelektualnej.

Warto rytualnie przypomnieć o obawach świata zachodniego wobec Chin, których służby specjalne i nieformalne wpływy w sektorach strategicznych budzą niepokój stolic zachodnich od Londynu, przez Berlin, po Warszawę. Przykładem może być sektor energetyczny, którym zajmuję się w pracy codziennej. Chodzi co najmniej o własność intelektualną, a w najbardziej jaskrawych przypadkach o pozyskiwanie wpływów politycznych z wykorzystaniem inwestycji strategicznych. Dr Radziejewski ma receptę: „zbudować wreszcie państwo z prawdziwego zdarzenia, zatrudnić kompetentny personel polityczny i urzędniczy, zaostrzyć politykę antykorupcyjną, wzmocnić mechanizmy chroniące przed wrogimi przejęciami, stworzyć i wdrożyć strategię imigracyjną”. Aby mieć na to czas, potrzebujemy ciągu dalszego pauzy strategicznej w naszej części Europy, a Państwo Środka raczej podważa, niż cementuje porządek ją sankcjonujący. Wspieranie jego ekspansji jest zatem sprzeczne z celem wyznaczonym przez autora tekstu.

Chociaż sztampowi realiści gardzą wartościami w polityce, to jednak również pragmatyczne względy każą traktować z ostrożnością politykę Państwa Środka, która po odarciu z PR pod hasłem Nowego Jedwabnego Szlaku, okazuje się być brutalną grą o wpływy, w której nie brakuje korupcji i nadużyć. Przykładem może być gra o port w Dżibuti, strategiczny dla transportu morskiego i z punktu widzenia wojskowego. Działania Chin w Afryce bywają nazywane nowym kolonializmem. Być może ze względu na gorset regulacji na Zachodzie podobna ekspansja nie byłaby możliwa w krajach jak Polska i być może jest to jeden z powodów, dla których nie widzimy masowych inwestycji chińskich w tych krajach, które nie godzą się na nieprzejrzyste relacje à la Miloš Zeman.

Prometeizm bardziej realistyczny od realizmu

Warto odpowiedzieć na zarzuty Radziejewskiego względem prometeistów, bo według niego ich zajęciem jest idealistyczna, ale płonna obrona praw człowieka, czy to na Ukrainie, czy w Chinach. Podobnie obraża się na giedroyciowców Michał Kowalczyk. Czy oni działają pod wpływem emocji?
„Powinniśmy zmarginalizować rodzimych Prometeuszy demokracji i praw człowieka na rzecz chłodnych, potrafiących identyfikować układy sił analityków. Przykładowo, zamiast zastanawiać się, jak wesprzeć opozycję na Białorusi, powinniśmy szukać sposobów na przeciągnięcie Mińska na polską stronę, niezależnie od tego, kto i jak tam rządzi” – postuluje Radziejewski w tekście o kryzysie NATO. Ciekawe jak ma to zrobić Polska bez argumentów wynikających z jej osadzenia na Zachodzie i z brakiem potencjału do wpływania na grę mocarstw (według Radziejewskiego)? Ano, odpowiadają prometeiści – poprzez pasy transmisyjne NATO i Unii Europejskiej, które wzmacniają naszą siłę. To z kolei każe pamiętać o prawach człowieka na Białorusi, a także o prawie międzynarodowym, które może być tam łamane i stać się argumentem w naszych realnych, nie abstrakcyjnych, działaniach na rzecz „przeciągania” Białorusinów.

Otóż dzisiejsi prometeiści, do których grona się zaliczam, bronią przede wszystkim przestrzegania prawa międzynarodowego jako parasola ochronnego słabszych na arenie międzynarodowej. Ruch prometejski jest głęboko osadzony w polskiej myśli politycznej, sięga czasów romantyzmu i wykracza poza piłsudczykowskie działania na niekorzyść Związku Sowieckiego. Należy mu się więcej szacunku, który – w co wierzę – będzie się wzmagał wraz z większym doinformowaniem jego krytyków.

Natomiast teoria konstruktywistyczna w stosunkach międzynarodowych, która moim zdaniem ma wsparcie polskich prometeistów, świetnie opisana w książce obecnego ministra spraw zagranicznych RP Jacka Czaputowicza zakłada, że strony stosunków mogą umówić się na pewne zasady, których wspólne przestrzeganie przyniesie korzyści wszystkim zaangażowanym. Można to założenie podlać teorią gier rozwijaną przez prof. Roberta Axelroda, która zakłada, że relacje międzynarodowe można zaprojektować w taki sposób, że graczom bardziej opłaca się grać zespołowo, niż przeciwko sobie. Nawet jeżeli raz na jakiś czas ktoś złamie zasady, pojawi się presja na przywrócenie ich omnipotencji, co mogą symbolizować obecnie sankcje zachodnie wobec Rosji. Prometeizm może być zatem bardziej realistyczny od postulowanego „realizmu” nowej szkoły rewizjonistów, z której wypłynęły ciekawe postulaty wykorzystania Chin do sporu z Rosjanami o Kaliningrad czy samowolnego pozyskania broni jądrowej.

Warto nadmienić, że Axelrod był członkiem zespołu negocjacyjnego prezydenta Ronalda Reagana w końcowej fazie istnienia Związku Sowieckiego i grał na jego upadek w czasie, gdy realiści z Centralnej Agencji Wywiadowczej wróżyli mu długi żywot. W grze zespołowej nie chodzi koniecznie o ideały, ale nadal o realizację egoistycznych interesów, choć na bardziej wyszukanych zasadach, które pojawiły się wraz z przemianami relacji międzynarodowych. Jeśli już koniecznie mamy być cyniczni jak dr Radziejewski, to możemy stwierdzić, że ostatecznie taki porządek i tak każdemu bardziej się opłaca niż stan naturalnej walki każdego z każdym w próżni aksjologicznej.

Uznając te fakty zachęcam do przyjrzenia się bardziej przychylnie myśli prometejskiej. Sam jestem autorem koncepcji prometeizmu energetycznego, która – znów – nie jest postulatem stworzenia świata idealnego bez nadużyć. Zakłada, że wykorzystując konstruktywistyczny porządek prawa antymonopolowego Unii Europejskiej, Polska może realizować swoje cele strategiczne poprzez ograniczanie wpływów rosyjskiego Gazpromu, który jest jednym z narzędzi polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej.

Oczywiście można uznać, że chodzi mi o romantyczną walkę „za wolność waszą i naszą” na korzyść Ukrainy, która zmniejszając zależność od Gazpromu stanie się rywalem Polski. Warto jednak spojrzeć na ten wymiar prometeizmu w inny sposób. Być może jest to droga do wykorzystania pasa transmisyjnego Unii Europejskiej do obrony polskich interesów w relacjach z Rosją. Nie jest to świat idealny i nie ma tutaj mowy o maksymalizmie celów, o który – jak się wydaje – oskarża nas Radziejewski, ale taki jest bardziej przewidywalny, dający więcej szans Polsce, niż porządek (rzekomo) naturalny egoizmów narodowych z dzieł Balickiego i Radziejewskiego.

„Polska, nawet w obecnym stanie państwa i kadr, może i powinna prowadzić politykę wielobiegunową. Starać się utrzymywać możliwie najlepsze stosunki z Waszyngtonem i Brukselą, z Berlinem i Paryżem, oraz z Pekinem” – proponuje autor tekstu o srebrnym wieku. Otóż niekoniecznie Polska może sobie pozwolić na politykę wielobiegunową jak Białoruś. Przede wszystkim, nie chce być Białorusią ani inną Wenezuelą. Poza tym, podstawowym problemem może być niska efektywność takiej polityki, bo Polska z małym potencjałem w polityce zagranicznej musi handlować koncesjami na rzecz partnerów, na przykład w sprawie zagranicznych misji wojskowych.

Zaangażowanie polskich żołnierzy na południowej flance Unii Europejskiej zwraca się w zaangażowaniu zachodnioeuropejskich na Wschodniej Flance NATO. Nie da się czynić tego rodzaju ustępstw prowadząc politykę zadowalania wszystkich wokół, ze względu na sprzeczność interesów. Ze względu na potrzebne nam pasy transmisyjne mamy ponadto słuszny priorytet współpracy z krajami NATO i Unii Europejskiej na niekorzyść aspirujących potęg, które w dodatku wcale nie mają nam tak wiele do zaoferowania.

Nie warto zatem formatować stosunków międzynarodowych do długości lufy rosyjskiego czołgu. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i wymaga pozytywistycznej – tak, realiści – pracy u podstaw na rzecz wzmocnienia Polski w relacjach z innymi państwami, szczególnie tymi, na które mamy jakiś wpływ, co wydają się postulować dzisiaj prometeiści. Należy to robić z wykorzystaniem istniejących narzędzi, których jest więcej niż w dziewiętnastym wieku, w którym królowali darwiniści stosunków międzynarodowych. One najwyraźniej potrzebują konserwacji.

W innym tekście Bartłomiej Radziejewski wydaje jednak przychylać się do moich tez. „Jeśli Polska ma być poważnym graczem, musi wyjść poza inercyjne hasła w rodzaju „płynięcia w głównym nurcie”, „wstawania z kolan”, czy „silnej Polski w silnej Europie”. Musi zacząć wypełniać je treścią. A więc przekuwać na wielość konkretnych programów i projektów, uczestnictwa w niezliczonych debatach, propozycji i działań lobbystycznych” – pisze Radziejewski. „Powinniśmy odejść od oscylowania między ostentacyjnym antyamerykanizmem a eurosceptycyzmem. Tak samo jak między bezzębnym, pastiszowym neoimperializmem regionalnym, a zarzucaniem polityki środkowoeuropejskiej. Również między – widocznym nawet w obrębie jednej kadencji – chaotycznym sinoentuzjazmem a sinosceptycyzmem. Akcenty mogą rozkładać się różnie w zależności od tego, która partia rządzi, ale Polska potrzebuje zarówno USA, i UE, silnej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i maksymalnego wykorzystania szans, które daje wzrost znaczenia Chin” – przekonuje. Nie wiadomo zatem co konkretnego proponuje dr Radziejewski w odpowiedzi na postulowany nowy ład oprócz demilitaryzacji Kaliningradu z pomocą Chin. Czy nie łatwiej napisać szczerze: „nie wiem” i dostosować politykę do tej niewiadomej?

Nie czas zatem na rewolucję, dopóki nie wiemy nawet dokąd może ona nas zaprowadzić. W srebrnym wieku Polska racja stanu pozostaje niezmienna, być może mniej emocjonująca, ale nadal z gruntu racjonalna. Warto zakasać rękawy i kontynuować pracę. „Czas beztroskiego uczenia się poprzez zabawę najpewniej wkrótce minie. Pora dorosnąć do poważnej polityki” – pisze paternalistycznie Bartłomiej Radziejewski. Parafrazując, czas beztroskiego poszukiwania nowej formuły poprzez fantazjowanie niebawem minie i do tego czasu nie warto inwestować w pomysłu na wiek polskiej racji stanu z tombaku. Warto kontynuować poważną politykę zagraniczną RP, która od dłuższego czasu opiera się na tych samych, być może mało przebojowych, fundamentach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s